Okładka ostatniego numeru Światełka

Okładka najnowszego numeru

W numerze

Historia

Aktualności

debiuty

Kącik przyjaźni

Kontakt

Prenumerata

Historia

Narodziny brajlowskich czasopism dla dzieci

W październiku 1946 roku, na zjeździe niewidomych działaczy w Chorzowie, powstała ogólnopolska organizacja pod nazwą: Związek Niewidomych Pracowników Rzeczypospolitej Polskiej. Przewodził im dr Włodzimierz Dolański. Celem Związku było pomaganie niewidomym w sprawach socjalnych, w kształceniu się i dostępie do kultury oraz w organizowaniu zakładów pracy. Do bardzo pilnych zadań nowej organizacji należało rozpoczęcie wydawania czasopism w druku brajlowskim, aby mogli je czytać ludzie, którzy stracili wzrok. Związek uruchomił swe wydawnictwo w Gdańsku. Tam właśnie we wrześniu 1948 roku zaczęto wydawać miesięcznik pod nazwą „Pochodnia”, a półtora roku później, w maju 1950 roku, dwutygodnik „Światełko”. Inicjatorem był, nauczyciel z zawodu - Józef Buczkowski. W jednym ze swych artykułów prasowych tak pisał o początkach „Światełka”: „Największym według mnie osiągnięciem kolegium redakcyjnego i drukarni było zapoczątkowanie wydawania od 1 maja 1950 roku dwutygodnika dla dzieci „Światełko”. Spieszyliśmy się z rozpoczęciem jego wydawania, bo już wiedzieliśmy, że drukarnia niedługo będzie przeniesiona do Warszawy”.
Pracą drukarni w gdańskim wydawnictwie kierował wówczas pan Tadeusz Józefowicz. W pracy biograficznej, omawiającej życie Józefa Buczkowskiego, napisał: „Buczkowski w pracy dla niewidomych był niezmordowany. Któregoś dnia zaproponował, by w społecznym czynie pierwszomajowym przystąpić do wydawania w brajlu dwutygodnika dla dzieci i młodzieży. Choć wszystkim przybyło pracy, „Światełko” zaczęło przychodzić do swych młodych czytelników. Jak dorosłym do dziś przyświeca „Pochodnia” Włodzimierza Dolańskiego, tak młodzieży świeci „Światełko” Józefa Buczkowskiego.
Dokładniejszą historię naszego „Światełka” omawia mgr Danuta Tomerska, która przez długie lata współpracowała z redakcją czasopism dla dzieci. Pisała głównie do „Światełka” artykuły i opowiadania, które uczyły dzieci, jak postępować, aby życie było lepsze, radośniejsze.

Pierwszy Zjazd Korespondentów „Światełka”

„Dla dzieci trzeba pisać tak, jak dla dorosłych, tylko dużo lepiej”.
Te piękne słowa wielkiego pisarza rosyjskiego - Maksyma Gorkiego były hasłem redakcji na I Zjeździe Korespondentów.
Zjazd odbywał się w Warszawie w dniach 25 i 26 maja 1954 r. Uczestniczyło w nim dwadzieścioro jeden najlepszych korespondentów „Światełka” i „Promyczka” – przodowników nauki. W zjeździe wzięli udział również nauczyciele ze szkół specjalnych, wydelegowani przez rady pedagogiczne.
Wszyscy uczestnicy Zjazdu zostali zakwaterowani w sejmowym hotelu, gdzie mieli także zapewnione wyżywienie. Każda grupka uczestników z różnych stron Polski miała przydzielonych przez redakcję opiekunów.
Pierwszy dzień zjazdu miał charakter bardziej oficjalny. Punktualnie o godz. 10.30 w pięknie udekorowanej świetlicy Zarządu Głównego Polskiego Związku Niewidomych zaczęły się obrady. Naradę otworzył redaktor Jan Marynowski, serdecznie witając uczestników i zaproszonych gości: przedstawicieli redakcji czasopism młodzieżowych - „Płomyka”, „Świata Młodych”, redaktora Haningera z pisma „Życie Inwalidy”, redaktora działu audycji dziecięcych, literatkę Hannę Zdzitowiecką i innych.
Pierwszy zabrał głos przewodniczący Zarządu Głównego PZN - major Leon Wrzosek, który pozdrowił wszystkie niewidome dzieci ze szkół, życząc im pomyślnych wyników w obradach. Z kolei redaktor „Światełka” Izabela Hirsch odczytała referat, w którym, prócz zasadniczego tematu o roli i zadaniach korespondenta, omówiła pracę Polskiego Związku Niewidomych i zakres działania, podkreślając jego udział w opiece nad młodzieżą. Po referacie nastąpiła ożywiona dyskusja. Dzieci były bardzo dobrze przygotowane do dyskusji, śmiało przekazywały swoje życzenia i uwagi dotyczące tematyki opowiadań, wierszy czy zagadek zamieszczonych w „Światełku” czy „Promyczku”. Dyskutowano nad powiększeniem działu popularno-naukowego, wznowieniem „Kącika Młodego Technika”. Wszyscy uczestnicy przejawiali duże zainteresowanie pracą PZN. Prosili o zamieszczanie wiadomości o niewidomych kolegach z zagranicy i z kraju, o wybitnych niewidomych, wiadomości o wynikach kół sportowych niewidomych.
Podczas dyskusji zgłoszono wiele cennych wniosków, na przykład Antonina Markiewka zgłosiła propozycję stworzenia w każdej szkole kółka korespondentów, któremu redakcja udzielałaby pomocy. Dodamy, że kółka powstały już w czterech szkołach, zwiększyła się liczba naszych korespondentów, a wiadomości, opracowywane na zebraniach kółek są wyczerpujące i bezbłędne.
Postanowiono też nawiązać współpracę z czasopismami zagranicznymi z ZSRR - „Sowieckim Szkolnikiem” oraz z czasopismami z innych krajów demokracji ludowej. Wypowiedzi uczestników świadczyły o głębokim zainteresowaniu sprawami swoich pisemek.
Na zakończenie pierwszego dnia zjazdu odbyła się wieczornica. W czasie przerw harcerze organizowali ciekawe gry, wspólne tańce itp., a wszystkich gości zaproszono na poczęstunek.
Ranek drugiego dnia poświęcono jeszcze na dyskusję i podsumowanie. Redaktor Marynowski stwierdził, że zjazd dostarczył wniosków do polepszania poziomu naszych pisemek. Następnie uczestnicy narady i zaproszeni goście obejrzeli Zakład Tyflograficzny PZN, zwiedzili Stare Miasto i Trasę W-Z. Największą przyjemnością była jazda ruchomymi schodami. Wieczorem wszyscy spotkali się w Operze Warszawskiej na „Tosce”.
W czasie przerw dzielono się wrażeniami i wymieniano adresy. W ciągu tych dwóch dni dzieci poznały wielu nowych przyjaciół z innych szkół i postanowiły korespondować ze sobą. Harcerze, którzy towarzyszyli naszym uczestnikom przez cały czas zjazdu, zapoznali się z alfabetem Braille’a i postanowili korespondować z niewidomymi kolegami.
Z żalem opuszczali nasi korespondenci Warszawę, wspominając radosne dni zjazdu, które utrwaliły im w pamięci piękne słowa Gorkiego:
„Kochajcie książkę, bo ona jest przyjacielem; pomoże wam zorientować się w pstrej i burzliwej plątaninie myśli, uczuć, zdarzeń, ona nauczy was szacunku dla siebie i dla innych. Kochajcie książkę - źródło wiedzy- jedynie wiedza może z was uczynić duchowo silnych, uczciwych, rozumnych ludzi, którzy potrafią szczerze kochać człowieka, szanować jego trud i całym sercem podziwiać owoce jego nieustannej, wspaniałej pracy. We wszystkim, co robi człowiek, w każdej rzeczy - tkwi jego dusza. Najwięcej czystej i szlachetnej duszy jest w nauce, w sztuce; najpiękniej, najrozumniej przemawia ona w słowie pisanym”.
Pochodnia, lipiec 1954

Złoty jubileusz
Danuta Tomerska

Od narodzin każdego dzieła płyną lata, grupując się co jakiś czas w liczby okrągłe. I wtedy jest jubileusz. W tym roku okrągłe 50 lat obchodzi „Światełko” w wersji brajlowskiej. Ponieważ każdy jubileusz jest okazją do przemyśleń i wspomnień, należy nieco miejsca poświęcić historii.
Pierwszy numer „Światełka” jako miesięcznika dla starszych dzieci ukazał się w Gdańsku-Wrzeszczu, bo tam po wojnie mieściła się drukarnia brajlowska. Po przeniesieniu jej do Warszawy w 1950 r., po kilkumiesięcznej przerwie, wznowiła swoją działalność i „Światełko” zaczęło się już ukazywać regularnie jako dwutygodnik. Było ono wówczas ubogie, siermiężne, o mniejszym niż dzisiaj formacie i mniejszej objętości, a druk miało międzyliniowy, tj. co drugi wiersz. Obsada redakcyjna była zupełnie przypadkowa. Warto tutaj wspomnieć dwie redaktorki, które trochę dłużej, bo po kilka lat, przygotowywały do druku „Światełko”. Były to: Iza Kirsz, a po niej Elżbieta Turowska-Sitkowska. Taki stan rzeczy trwał do roku 1955, w którym to stanowisko redaktora naczelnego czasopism szkolnych objęła mgr Halina Banaś, absolwentka wydziału polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Energiczna, zdolna, przedstawiła nowe inicjatywy wprowadzając szereg rubryk tematycznych, jak np. „Nasze rozmowy”, „Z kraju i ze świata”, „Kartki dla dziewczynek”, „Czy wiecie, że...”, „Między nami sportowcami”, „Kącik szachowy”, „Radzimy przeczytać”, gdzie omawiano młodzieżowe książki wydane systemem Braille’a. Niektóre z tych rubryk funkcjonują do dziś.
„Światełko” skorelowane było (i jest) z programem nauczania w szkole. Musiało więc stanowić źródło dodatkowych informacji, poszerzać wiedzę podręcznikową. Obok ogólnych zagadnień interesujących czytelników omawiano na łamach pisma problemy niewidomych, zwłaszcza w aspekcie ukierunkowania młodzieży do wyboru dalszej drogi życiowej. Pod kierownictwem red. Banaś „Światełko” osiągnęło bardzo wysoki poziom. Znaczny współudział w tworzeniu pisma miały redaktorki widzące - Barbara Buszko i najdłużej w tej redakcji pracująca - Halina Śnieżko.
Redakcja utrzymywała żywy kontakt ze swymi czytelnikami poprzez częste wyjazdy do ośrodków szkolnych, spotkania bezpośrednie z uczniami i ich nauczycielami. Każdy taki wyjazd owocował liczną korespondencją. Czasopismo stawało się najlepszym przyjacielem czytelników, jemu powierzali swoje troski, radości, czekali odpowiedzi na wszystkie nurtujące ich pytania. I trwa to do dziś.
Redakcja prowadziła bardzo istotną w jej pracy działalność konkursową, wciągając w ten sposób do współpracy liczną grupę dzieci. Do historii niemal przeszedł konkurs Sienkiewiczowski, zorganizowany w końcu lat sześćdziesiątych dla uczniów starszych klas. Zgłaszający swój udział musieli wykazać się znajomością twórczości Sienkiewicza, a szczególnie „Krzyżaków”. Półfinały odbyły się na terenie każdej ze szkół specjalnych. Wyłoniono z każdego ośrodka dwuosobową reprezentację, która weszła do grupy finalistów. Ostatni etap konkursu odbył się w Warszawie, w siedzibie Zarządu Głównego PZN. Sala koncertowa była po brzegi wypełniona. Gościem honorowym była wnuczka H. Sienkiewicza - Maria Korniłowicz. Końcowy etap konkursu pomyślany był jako impreza otwarta, zaproszono więc, oprócz osób dorosłych, grupę warszawskich licealistów. Młodzież ta być może po raz pierwszy miała okazję spotkać się ze swymi niewidomymi rówieśnikami. A mieli oni czym zaimponować! Wszyscy zawodnicy byli tak świetnie przygotowani, że jury musiało przyznać aż 3 pierwsze nagrody. Otrzymali je: Czesław Szymańczyk z Wrocławia, Jan Omieciński i Czesław Ślusarczyk z Owińsk. Dziś są to już ludzie dorośli, ale być może tę imprezę jeszcze pamiętają. A nagrody były wspaniałe, finansowane przez różne zamożne instytucje. Nie zabrakło nawet ptasiego mleczka, które przysłała hojna dla wszystkich zawodników firma Wedel.
W 1992 r. odeszła z pracy red. Halina Banaś, a stanowisko naczelnego redaktora „Światełka” objęła godnie Ewa Fraszka-Groszkowska.
Podstawowym elementem każdego jubileuszu jest nie tylko czas, ale przede wszystkim ludzie. Wspominając o redaktorach tworzących pismo, nie można pominąć pracowników technicznych, którzy to pismo drukowali, dokonywali korekty, zszywali je, oprawiali, pakowali, adresowali, wysyłali pocztą. Nigdy pewnie nie zastanawialiście się nad tym, przez ile rąk przechodzi każdy egzemplarz, zanim trafi do Was. Warto w tym miejscu wspomnieć nieżyjącego już Stanisława Makowskiego, który był pierwszym korektorem „Światełka”. Rozpoczął pracę na tym stanowisku już w Gdańsku, a potem przez długie lata korygował czasopisma w Warszawie. Do końca swoich dni tworzył zagadki do czasopism szkolnych, a napisał ich tak wiele, że jeszcze po Jego śmierci można było je znaleźć w „Promyczku” czy „Światełku”. W Zarządzie Głównym PZN wiele lat jeszcze pracował – zmarły w grudniu 2009 roku - Zygfryd Wróblewski. To on w początkach lat pięćdziesiątych drukował na matrycach prawie wszystkie numery „Światełka” i sam wysyłał je na poczcie do odbiorców. Godzi się również przypomnieć inż. Tadeusza Biernackiego, wielkiego przyjaciela czasopism szkolnych. W trudnych czasach, gdy kłopoty techniczne w drukarni zakłócały terminową edycję czasopism i książek brajlowskich, on otworzył zielone światło dla „Światełka” i „Promyczka”, nie chcąc dopuścić, by dzieci szkolne nie otrzymały na czas swoich pisemek.
Tak minęło półwiecze „Światełka” w wersji brajlowskiej. Od stycznia 1993 roku czasopismo to ukazuje się również w wersji czarnodrukowej z przeznaczeniem dla czytelników słabowidzących. W ciągu tego czasu pismo przeszło wiele rozmaitych przemian i ewolucji, zmieniała się jego jakość, treść, druk, zmieniali redaktorzy, a także czytelnicy. Jedni wyrastali, odchodzili, przybywali młodsi. Ale zostało też sporo wiernych przyjaciół wśród ludzi dorosłych. Jedni prenumerują go dla swoich dzieci, inni – przez sentyment dla młodych, szkolnych lat.
Kończąc już tę wędrówkę jubileuszową w przeszłość, życzę Jubilatowi wspaniałego rozwoju i następnych pięćdziesięciu lat. A wszystkim redaktorom i innym pracownikom, którzy nie szczędzą swych wysiłków i zdolności, by zachować „Światełko” na dobrym poziomie – wszystkiego najlepszego. Tak trzymać!
„Światełko”, grudzień 2000

Odeszła redaktor Halina Banaś

31 sierpnia br. po długiej nieuleczalnej chorobie zmarła Halina Banaś, która ponad 37 lat redagowała szkolne czasopisma brajlowskie – „Promyczek” i „Światełko”.
Halina Elżbieta Banasiówna urodziła się 8 lipca 1928 r. we wsi Kęczewo koło Mławy. Była najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa. W dzieciństwie straciła wzrok, wylewając nieostrożnie na siebie kubek gorącej herbaty. Za namową miejscowego nauczyciela i przy jego pomocy umieszczono dziewczynkę w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach Warszawskich. Tam odbyła edukację podstawową, nieco opóźnioną przez lata okupacji hitlerowskiej. Na dalszą naukę wyjechała do Łodzi, która po zniszczeniu Warszawy stała się najważniejszym ośrodkiem kulturalnym w kraju. Ponadto w Łodzi istniała szkoła z internatem dla dzieci słabo widzących, gdzie Halina Banaś mogła zamieszkać.
W 1946 r. rozpoczęła naukę w średniej żeńskiej szkole prywatnej Janiny Czapczyńskiej. Szkoła ta została wkrótce upaństwowiona jako XVI Liceum Łódzkie. Halina Banaś należała do najlepszych uczennic. Miała też bardzo ładny głos, sopran, i pobierała prywatne lekcje śpiewu. Była osobą niezwykle ambitną, pragnęła kształcić się w dobrych, renomowanych uczelniach. Dlatego, po uzyskaniu świadectwa dojrzałości w 1951 r., podjęła studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie wykładowcami było wielu profesorów o światowej sławie, jak np. prof. Juliusz Kleiner, wybitny znawca romantyzmu.
Pewnego razu podczas wykładu prof. Piszczkowski zwrócił uwagę, że ktoś przeszkadza mu uporczywym stukaniem. Halina Banaś wstała i powiedziała, że jest niewidoma i robi notatki brajlem przy pomocy rysika i tabliczki. Było to chyba pierwsze w życiu spotkanie profesora z osobą niewidomą. W efekcie przysłał on do Haliny swoją córkę, także studentkę, która odtąd przychodziła w każdą sobotę, aby czytać niewidomej koleżance. Wiadomo, że na polonistyce trzeba poznać wiele dzieł literackich. Nie było wtedy ani podręczników, ani odpowiedniej literatury wydanych w wersji brajlowskiej. O książce mówionej nikomu się jeszcze nie śniło. Ale dla Haliny Banaś nie stanowiło to problemu. I w Łodzi, i w Krakowie miała wiele uczynnych, życzliwych koleżanek, które zgłaszały się z pomocą.
Banasiówna wcześnie nawiązała bliski kontakt z Polskim Związkiem Niewidomych. Dała się tam poznać jako osoba energiczna, inteligentna, błyskotliwa i bardzo elokwentna. Po uzyskaniu magisterium w 1955 r. otrzymała od ówczesnego prezesa Związku, Leona Wrzoska, propozycję pracy w dziale wydawniczym Zarządu Głównego PZN. Została redaktorem czasopism szkolnych. Zaraz też otrzymała mieszkanie w Warszawie i sprowadziła tu ze wsi swoją mamę.
Rozpoczęła tę pracę z dużym zaangażowania i poczuciem odpowiedzialności. Od razu wiedziała, jakie czasopismo chce tworzyć. Przedstawiła nowe inicjatywy, wprowadzając szereg ciekawych rubryk tematycznych w tych czasopismach. Redaktor H. Banaś nie założyła własnej rodziny, toteż praca ta była dla niej wielką wartością. Nie związana domowymi obowiązkami, wiele czasu poświęcała na wyjazdy do ośrodków szkolno-wychowawczych na spotkania z uczniami i nauczycielami. W czasie spotkań mali czytelnicy chętnie opowiadali o wszystkich swoich ważnych sprawach, o problemach i marzeniach. Niektóre z tych marzeń mogła spełniać sama redakcja. Rozmowy te były cennym materiałem do wykorzystania w problemowych artykułach. Przez kilka lat ukazywały się w „Promyczku” tzw. opowiadania z puentę oparte na faktach autentycznych. Redakcja organizowała różnego rodzaju konkursy, wciągając do udziału liczną grupę dzieci. Wyjazdy do szkół owocowały liczną korespondencją. Na każdy list czytelników red. Banaś odpisywała własnoręcznie pismem punktowym. Była doskonałą brajlistką, współautorką podręcznika do nauki brajla.
Uznała, że jej zawód wymaga ciągłego edukowania się. Dużo czytała, chodziła do teatru, uczyła się języków obcych, wyjeżdżała za granicę, choć w tamtych czasach wyjazdy nie były tak łatwe jak dzisiaj. Mówiła biegle po francusku, znała też angielski, czeski i rosyjski. Czytała w oryginale czasopisma brajlowskie (głównie dla dzieci i młodzieży) z Francji, Czechosłowacji i Związku Radzieckiego.
W 1963 r. otrzymała francuskie stypendium i wyjechała na trzy miesiące do Paryża. Udała się tam bez przewodnika i musiała samodzielnie poruszać się w tym wielkim, ruchliwym mieście. Odważna i dobrze zrehabilitowana, poradziła sobie doskonale.
W młodości Halina Banaś była osobą o wesołym usposobieniu, dowcipna, pełna fantazji, z dużym poczuciem humoru. Cechowała ją duża aktywność życiowa i aspiracje, a także niezależność poglądów i odwaga cywilna. Nie wahała się głośno wypowiadać tego, co myśli. Nigdy nie godziła się na żaden kompromis z tym, co wydawało się jej złe, niesprawiedliwe.
Prezentowała się jako osoba dbająca o swój wygląd, elegancka pani niewysokiego wzrostu, w ciemnych okularach, o miłym dźwięcznym głosie. Ale już od połowy lat osiemdziesiątych zaczęły następować zmiany w jej wyglądzie i psychice. Nie wykazywała już tak żywych zainteresowań, stawała się przygaszona, nawet nieporadna. Zaczęły się problemy z pamięcią, pisaniem i mówieniem. Tylko jej głos wciąż brzmiał młodo. Łatwo się męczyła, przypisując to zwykłemu starzeniu się.  W 1992 r. odeszła na emeryturę.
Stan zdrowia Haliny Banaś ciągle się pogarszał i lekarze zdiagnozowali u niej chorobę Alzheimera. Jest to nieuleczalna choroba uszkodzenia mózgu, charakteryzująca się zaburzeniami psychicznymi i neurologicznymi. Chory traci stopniowo kontakt z otoczeniem i wymaga stałej opieki drugiej osoby, zwłaszcza bliskiej i kochającej. Halina Banaś mieszkała sama, toteż siostra Koleta, franciszkanka z Lasek, zawiozła ją do zakładu w Laskach. Tam w szpitaliku, pod fachową i troskliwą opieką sióstr zakonnych, Halina Banaś przeżyła jeszcze 11 lat. Żyła już jak roślina tracąc całkowity kontakt z otoczeniem.
Dzień jej pogrzebu był od rana deszczowy i wietrzny. Ale później, podczas żałobnych ceremonii na laskowskim cmentarzyku, niebo wypogodziło się i na chwilę błysnęło nawet słońce, jakby ostatni uśmiech pożegnania zmarłej.
Danuta Tomerska, „Światełko” listopad 2006

 


Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Sp. z o.o.